Kalendarium

08-12.05.2017 · FESPA, Hamburg

25-28.09.2017 · Labelexpo Europe, Bruksela

09-11.10.2017 · Digital Content Expo, Berlin

18-20.10.2017 · Viscom, Düsseldorf

14-16.11.2017 · InPrint, Monachium

Panorama chaosu

Data publikacji: Marzec 2012

Tekst: Robert Wieczorek

 

Nie będę odkrywał Ameryki jeśli powiem, że billboard reklamowy jest najłatwiejszą, a zarazem najtrudniejszą z form reklamy wizualnej. Najłatwiejszą, bo o ile zna się kilka podstawowych zasad dotyczących projektowania i przestrzega się ich w miarę ściśle, choć niekoniecznie zbyt rygorystycznie, to nic nie powinno pójść źle. Te zasady to: prostota kompozycji, homogeniczność przekazu, elementarny porządek, dobra ilustracja (zdjęcie bądź grafika), czytelne liternictwo, harmonijna i uzasadniona formą i treścią kolorystyka.

 

 Bo jeżeli coś pójdzie źle podczas projektowania, a jedna z zasad zostanie w sposób bezrefleksyjny złamana, albo – częściej – naciągnięta poza granice dobrego smaku, to wtedy okaże się, że billboard reklamowy jest najtrudniejszą, najbardziej niewdzięczną formą przekazu. Bo każdy błąd widać jak na dłoni. I nie można tu mówić o „małych” błędach; nie w przypadku ekspozycji na kilkunastu metrach kwadratowych. A jeśli jedną z zasad jest czytelność przekazu, inną – elementarny porządek, a jeszcze kolejną – odpowiednio dobrane liternictwo i kolorystyka, to zobaczmy w jaki sposób zasady te uległy pseudotwórczemu przetworzeniu i zanegowaniu w przytaczanym dzisiaj przykładzie. Widzimy tutaj pięć elementów komunikatu reklamowego: zdjęcie (będące nośnikiem informacji), logo wraz z nazwą marki, hasło reklamowe, USP i adres strony internetowej. Już od razu widać, że to ostatnie można sobie było darować; mało kto jest w stanie skorzystać z tej informacji podanej na tym rodzaju nośnika. A zaręczam, że adres strony www, choć prosty i logiczny, jest absolutnie niemożliwy do zapamiętania i prawidłowego odtworzenia później w warunkach „domowych”, czyli kiedy wreszcie zasiądziemy przed komputerem. Być może chodziło tu raczej o podanie informacji, że reklamowana marka własną stronę w sieci posiada, a jak ktoś będzie dostatecznie dociekliwy, to przy pomocy wyszukiwarki jakoś ją sobie znajdzie. Tylko... po co o tym pisać na billboardzie, w dodatku wprowadzając w liternictwo dodatkowy element chaosu i dając napis w kontrze, na zdjęciu? Właściwie jedno, co rzuca się w oczy w prezentowanym przypadku – to panorama chaosu w obrębie liternictwa. Mamy tu pełen przegląd wszystkich możliwych błędów. Po pierwsze – jeden napis w kontrze, pozostałe nie. Po drugie – czcionka niby do siebie podobna, ale raz wyboldowana, raz rozstrzelona, raz wersaliki (czyli duże litery), a gdzie indziej kapitaliki... Do tego jeszcze kolorystyka; wszędzie litery są czarne, w kontrze – oczywiście białe, a na samym dole – we wszystkich kolorach tęczy. A nawet jeszcze gorzej – bo tęcza ze swoimi kolorami sprawia przynajmniej wrażenie harmonii, a tu jest od Sasa do lasa, a w dodatku zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego „Nowe Kolekcje” zapisane są dużą literą? Nazwa własna? Czy raczej nieudolna próba dodatkowego (prócz kolorów) wyróżnienia najgłówniejszej z głównych myśli? A przecież kolor czcionki jest (czy raczej – może być) ważnym sygnałem dla odbiorcy; można w ten sposób coś podkreślić, wyróżnić bądź wdać się z odbiorcą w zabawę, polegającą na zaproponowaniu mu odszyfrowania zastosowanego kodu, czyli namówieniu go do próby odgadnięcia, dlaczego ten a nie inny kolor zastosowano w tym a nie innym miejscu. Daję słowo – spędziłem dobry kwadrans aby dojść do wniosku, że w tym konkretnym przypadku kolorystyka czcionek w tekście u dołu, odczytanym przeze mnie jako główna informacja, nie ma żadnego znaczenia i jest czystym zabiegiem formalnym. Który zresztą walnie przyczynił się do zwiększenia stężenia chaosu, nie niosąc żadnej dodatkowej treści. No i warto jeszcze zwrócić uwagę na spory dysonans pomiędzy grafiką a treścią. Hasło-pytanie: „Nie masz co na siebie włożyć?” jednoznacznie kojarzy się z ubiorem. Na zdjęciu są... same buty, więc w sumie dość ważna (szczególnie dla pań) część garderoby, ale na pewno nie zaliczana do kategorii „ubiór”. Przecież „włożyć na siebie buty” brzmi zupełnie idiotycznie... O estetyce prezentowanego na zdjęciu obuwia się nie wypowiadam, bo o gustach się nie dyskutuje w ogóle, a o butach damskich z facetem nie dyskutuje się w szczególe. Ale pokazałem zdjęcie kilku koleżankom i wszystkie zgodnie stwierdziły, że już wiedzą, gdzie NIE IŚĆ, żeby kupić sobie jakieś ładne buty...

« poprzedni   |   następny » « wróć

Komentarz miesiąca

2017: kolejne nowe otwarcie

Kończymy stary rok i dynamicznie wchodzimy w nowy! Mamy nadzieję – Drodzy Czytelnicy – że VISUAL COMMUNICATION towarzyszył Wam w roku ubiegłym i będzie Wam towarzyszył w roku 2017. Nieustająco nie tylko pozostajemy na tropach najnowszych rozwiązań technologicznych, lecz również analizujemy tajniki komunikacji wizualnej w sferze języka reklamy...

Reklama